Kaplica przy Wilczej spieszy się ślubem. Rozbite witraże leżą na podłodze i błyszczą. Wrześniowe prześwity słońca łamią się szkłem pod nogami młodej pary. Wycinek szczęścia. Ksiądz pogania samego siebie pogrzebem. Trzysta metrów stąd, w Alejach Ujazdowskich, są Niemcy. Zaciskają się pierścieniem wokół Powstańców. A tu – dwie obrączki wyrwane z kontekstu – na palcach. Panna młoda trzyma bukiet kwiatów z bezdomnego domu. Siedem minut ślubu później jest wesele. Na stole są konserwy z alianckiego zrzutu żywności. Wybuch. Kamienica obok rozlatuje się pod ciężarem bomby – aż do fundamentów.

1918. Z otwartym widokiem na Marszałkowską 4-letni Zdzisław Jeziorański ogląda pochód trzeciomajowy. Tak wygląda niepodległość zmęczonej Polski. Jego matka i babcia przez całe życie będą powtarzały mu, że „we wszystkich ostatnich powstaniach brali udział jacyś Jeziorańscy”. Z zamkniętych ram obrazów przypominają mu o tym Kościuszko i Poniatowski. Ale w 1920 to Piłsudski staje się bohaterem całej Polski, długiej Marszałkowskiej i małego pokoju, w którym żyrandole trzęsą się w rytmie bolszewickiej artylerii. Z czasem ze ścian znika coraz więcej obrazów. Po śmierci ojca, Jeziorańscy muszą wyprzedawać swoje rzeczy. Sprzedają też kamienicę przy Pięknej i żyją z wynajmowania pokoi. Jak po wielu latach stwierdzi już nie Zdzisław, a Jan – życie w biedzie ukształtuje część jego charakteru.

A więc... wojna

Pierwszy dzień szkoły bez szkoły. Słoneczny, zbombardowany. Praca doktorancka leży zamknięta w szufladzie w Seminarium Ekonomicznym i już nigdy nie zostanie znowu otwarta. Drogi nagle tłoczą się uciekinierami. Leżą na nich ślady po ludziach w kształcie lejów po bombach. Polska przez całe lata 30. żyła w propagandzie silnej armii – teraz zgniata ją but blitzkriegu.

Pierwszy dzień wojny

Obrona Warszawy, wrzesień 1939, fot.: domena publiczna.

Wrzesień toczy się ciężko w stronę października. 25-letni podchorąży Zdzisław trafia do II Dywizjonu Artylerii Konnej w Zamościu. Front dociera tu bardzo szybko. Działo ostrzeliwuje kolumnę nadjeżdżających Niemców. Działo po drugiej stronie tymczasem dziwnie zamilkło. Zwiad przesmykuje się małą grupą, żeby to sprawdzić. Drogi krzyżują się w Uściługu – miasteczko jest puste ulicami, schowało się w cichych piwnicach. „Niemcy!” - krzyczy jeden. Niby są w rowie przy drodze, która tnie pole na pół. Wszyscy chowają się w zarośla, ale rzutem oka nikogo nie widać. „Tu nie ma żadnych Niemców” - odpowiada Jeziorański. Głowy jego kolegów kiwają przecząco. Czeka kilka minut. W końcu nie wytrzymuje, wyjmuje pistolet i zachęca kompanów, żeby biegli za nim. Wyskakuje z zarośli. Czym prędzej. Biegnie. W połowie pola okazuje się, że nikt za nim nie pobiegał. Zatrzymuje się. Brzdęknięcie po lewej. Jedno, drugie, trzecie. Niemcy, niedaleko. W nogi, w stronę jakiejś zagrody. Kule dziurawią powietrze wokół niego. Przeskakuje przez mur i chowa się w przypadkowym stogu siana. Bez ruchu. Niemieckie okrzyki przebiegają tuż obok niego. Szwendają się i biegną dalej. Po chwili wracają. Nie szukają go już. Montują za to gniazdo CKM-u. Strzały w stronę Polaków. Strzały od strony Polaków. Wymiana ognia. Byle do zmroku w tym stogu.

W niemieckiej niewoli

Ale zmrok przynosi zmęczenie i Niemcy zamierzają spać miękko – na sianie. Pierwszy podchodzi do stogu i zagarnia dla siebie jeden haust. Nie ma na co czekać, zaraz go znajdą. Mur jest wysoki. Może za wysoki. Wcześniej z biegu był niższy. Podchodzi drugi do stogu i chce zgarnąć dla siebie haust siana, ale trafia na rękę Jeziorańskiego. Ten go odpycha. Rzuca się na mur... ale mur jest za wysoki. Spada. Niemcy od razu wgniatają go w ziemię. Szaleńcze krzyki. Zabierają mu rewolwer, portfel i stary zegarek ojca. Zabierają go do czyjegoś domu. Tam wszyscy się uspokajają. Przyglądają mu się z ciekawością. To nie Niemcy, to Austriacy. Oddają mu jego rzeczy. Dają mu trochę ciepłej zupy i kawałek chleba. Tak staje się jeńcem.

Jan Nowak-Jeziorański

Jan Nowak-Jeziorański, fot: domena publiczna.

Kilkadziesiąt tysięcy jeńców. Długi konwój ciągnie się drogami. Kto zejdzie z drogi, zginie. Wzdłuż Austriacy. Na przodzie oficerowie i podchorąży. Mijane miejscowości wychodzą naprzeciw, dają co mają. Ale im dalej w konwój, tym dają mniej, bo mniej mają. Ziemniaki, wodę, chleb, dobre słowo, czasem złe słowo – bo ich armia miała być wielka, a teraz jest tylko jeńcem. Raz dziennie zupa od Austriaków. Głód ściera dumę z mundurów. Każdy jest po prostu człowiekiem. Kłótnie i bijatyki o jedzenie. Dalej konwój jedzie ciężarówkami. Aż do stacji, gdzie czekają wagony towarowe. Na stacji woda w wiadrach wędruje z rąk do rąk. Drzwi do wagonów otwierają się i zamykają, aż w końcu pozostają otwarte. Pociąg rusza. Co kilkanaście wagonów działka CKM-u. Kto skoczy, zostanie zastrzelony. Pociąg wjeżdża w noc i zwalnia do 35 km/h. Wbija się w czarny krajobraz i kontury lasów powtykane w gęstą mgłę. Pomysł ucieczki szybko ogarnia wagon Zdzisława. Skaczą szybko, zanim zbudzą CKM. Jeziorański ląduje ukosem. Toczy się po grzbiecie wzgórza. W mrok. W krzaki, które wrastają w las. A dalej w domy – gościnne. I w kawałek dziurawej wolności.

Ulotki, które niszczą armię od środka

1941. Rzesza wgryza się w Rosję. Ale niemieccy wojskowi mają już dość linii frontu, która bez końca przesuwa się za kolejny horyzont. Chcą wreszcie wrócić do domu – Jeziorański wczytuje się w ulotkę niemieckiego podziemia przekazywaną z rąk do rąk. Różne ręce roją się od fałszywek, ale ta ulotka nie może nie być prawdziwa – gotycka czcionka, żołnierski żargon. Ta ma na sobie jeszcze ślady frontu wschodniego. Tymczasem szybko okazuje się, że to faktycznie dzieło podziemia – ale polskiego. Tak rozpoczyna się Akcja „N”.

Jak rozprzestrzeniać ulotki? Mundur polskiego kolejarza dociera bezpiecznie do granic Generalnej Guberni, ale dalej – do Reichu – potrzebny jest już mundur niemiecki. „Żbik”, obrotny kolejarz, załatwia. Do munduru potrzebna jest też legitymacja niemieckiego kolejarza „Żbik” załatwia. Język niemiecki nie jest potrzebny – wielu nowych volksdeutschów polskiego pochodzenia zna tylko garść słów. To tyle, co Jeziorański.

Pierwsza podróż do Rzeszy. Pociąg napchany ludźmi. Zamknięty w przekupki, wszyscy czymś handlują. Ścisk i gwar. Trzeba łapać powietrze chwilowymi przecenami i trzymać mocno torbę z konspiracyjnymi ulotkami. Za Kutnem jest bardziej purpurowo – zachodem słońca i Generalniej Guberni. W Kutnie wszyscy wysiadają, jakby to była ostatnia stacja. W przedziale – pusto. Na korytarzu – pusto. Tylko rytmiczny, rozpędzony stukot, który wlatuje w Rzeszę. Aż się tęskni do gwaru, ścisku i przekupek. Na dworcu – pusto. Wieczór też pusty, ale napięty, jak lina naprężona od kroków na głośnej posadzce, aż po bramkę z gestapowcem rozłożonym na krześle. A w torbie konspiracja. I serce w gardle. Nie patrzy mu się w oczy. Ręka nakazuje podejść. Znudzony przegląda dokumenty. Ręka nakazuje iść dalej. A dalej można odetchnąć i przekazać ulotki zaufanej rodzinie, skąd popłyną dalej w Rzeszę.

Cóż że do Szwecji

1943. „Akcja N” sięga daleko poza oczekiwania. Ulotki krążą po całym Wehrmachcie, ale na ich trop wpada już powoli gestapo. Przy okazji wypuszczania ulotek w Gdyni, okazuje się że port jest dobrym oknem na świat – na Szwecję. Można nawiązać współpracę z Anglikami, jako emisariusz. Ale AK chce sprawdzić jego lojalność – dlatego nie wysyła go od razu do Londynu, tylko w połowę drogi – do Szwecji.

Port w Gdyni jest bacznie obserwowany przez Niemców. A statki nie zawsze płyną do Sztokholmu – czasem niespodziewanie skręcają do okupowanej Kopenhagi. Gdzie schować pasażera na gapę? Luk z węglem pod pokładem statku. Właz ucina ostatnie promienie słońca. Zamyka je w całkowitą ciemność. Głosy Niemców na pokładzie – przeszukują statek. Zbliżają się coraz głośniej do luku. Zatrzymują się. A potem odchodzą i cichną. W końcu pełne morze – lot w stanie zawieszenia między szalejącym terrorem, a wolnym światem. Kwietniowe słońce nagrzewa powietrze. I węgiel paruje wilgocią, która osiada sadzą na twarzy i na płucach. A potem smolistym błotem na skórze. Tylko nocne zimno na środku Bałtyku przenika przez szczelny luk. Trzeba trząść zębami i nacierać się wódką z małego prowiantu. Dzień przypływa powoli. Ale nagle przyspiesza i cumuje do brzegu. Rzut światła latarki na zegarek. Za szybko na Sztokholm... Jeśli to Dania, to luk staje się pułapką. Właz otwiera się głośno i fala słońca szczypie w oczy. Szufle wyciągają węgiel, jedna za drugą. Głosy mówią po skandynawsku. Jeziorański wrzeszczy w stronę kwadratu nieba. Kilka złotych głów wycina się z niebieskiego. Wyciągają go na pokład. To Gotland – szwedzka wyspa.

Sztokholm – miasto spotkań szpiegów. Zawiłe drogi do polskiego konsulatu. Rozmowy z polskim poselstwem. Zadanie wykonane. Statek powrotny wypływa do Gdyni, ale zmienia kurs na niemiecki Szczecin. Byle przemknąć na dworzec, a z dworca do progu znajomych. Patrzą na niego zdziwieni. Od wczoraj całe miasto oblepione jest plakatami z jego podobizną i nazwiskiem „Jan Kwiatkowski”. Trzeba jakoś dostać się do Warszawy. Pociąg jest wypchany po brzegi. Na dworcu w Szczecinie stoi grupa żołnierzy Wehrmachtu – jadą na na front wschodni – a między nimi Jeziorański. Żołnierze wściekli, że konduktorka nie chce ich wpuścić, bo nie ma miejsca. Nagle jej wzrok zatrzymuje się na Jeziorańskim i jego konduktorskiej latarce na szyi. Pyta, czy wsiada – oczywiście, że tak – jako jedyny – przy głośnym niezadowoleniu żołnierzy. Nie można nawet rozprostować rąk – taki tłum. W takich warunkach trudno o kontrolę biletu. Aż do Kutna.

Na stacji granicznej do pociągu wchodzi gestapo – z przodu, z tyłu i w środku. Nie ma dokąd uciec. Jeziorański wychodzi na zewnątrz. Patrzy, jak długie, skórzane płaszcze gestapo kołyszą się między spłoszonym tłumem. To nie jest zwykła kontrola – szukają kogoś. Nie wie, czy mają już jego zdjęcie, jako Jana Kwiatkowskiego. Serce bije mu młotem. Staje obok konduktorki, w takiej pozie, jakby był częścią załogi. „Ausweis, bitte!”. Człowiek przed nim pokazuje dokumenty. Teraz jego kolej. Gestapowiec patrzy na niego przez moment. Rozpoznał go? „Ausweis, bitte!”. Człowiek za nim pokazuje dokumenty. Kontrola go ominęła.

Druga misja: Londyn

Jan Kwiatkowski został spalony na miejskich plakatach. Trzeba zostać kimś innym. Tak rodzi się Jan Nowak. Imię popularne, nazwisko mało oryginalne – idealne do konspiracji. I krótkie – dobre do krótkich informacji. Droga do Londynu znów przez Szwecję. A do Szwecji z Gdyni. Jeden z okrętowych mechaników jest przekupiony – to on wprowadzi Jeziorańskiego na statek. Noc szaleje, ulewa urywa się z nieba. Kładka na pokład. Kapitan przygląda się swojej załodze i wodzi wzrokiem za nieznajomą twarzą Nowaka. Szybko pod pokład. Do skrytki za odsuwaną deską. W ciszę. Po chwili kroki. I światło latarki, które tnie drewno statku. Kapitan sprawdza podejrzenia. Przysuwa się do skrytki na odległość oddechu. Światło w szpary, jak długie palce. Niczego nie wyczuwają. Ciężkie kroki kapitana z powrotem na pokład.

Ze Szwecji do Szkocji leci się w Mosquito. Mały samolot zwinnie unika radarów. Miejsce tylko dla jednego pasażera. Dlatego Jeziorański ma lecieć w luku, w którym zwykle jest bomba. Wchodzi – nie drzwiami, a otwieranym brzuchem bombowca. Po czterech godzinach Szwecja. Koła dotykają ziemi. „Do not alight before the engines stop” - Jeziorański czyta napis na ścianie bombownika, ale słowo „alight” rozumie w kontekście palenia, a nie jako niewysiadania. Samolot zatrzymuje się, więc otwiera właz, zeskakuje na ziemię i próbuje wyplątać się z pasów. Samolot jednak zaczyna jechać dalej – z Jeziorańskim w połowie w środku, w połowie na zewnątrz. Jedynie uważny Anglik, który przypadkiem wypatrzył jego nogi w ciemności ratuje go przed dosłownym złamaniem w pół.

Winston Churchill

Winston Churchil, fot: The Roaring Lion, autor: Yousuf Karsh.

1944. W Londynie jest spotkanie z Naczelnym Wodzem, z Prezydentem, z Premierem, wywiad dla „Timesa”. Ale to dla Churchilla przez pół Europy Jan Nowak wiózł oryginalną ulotkę propagandową akcji „N” ukrytą w lusterku. Razem z Mikołajczykiem odwiedza Churchilla w jego prywatnej rezydencji. Ale Churchill nie jest serdeczny. Gruba linia obojętności na jego czole peszy Jeziorańskiego. A ulotka, którą Jeziorański mógł przypłacić życie nie robi na nim wrażenia.

Na chwilę przed powstaniem

Koniec lipca nad okupowaną Europą. Z nocnego nieba wycinają się kapelusze spadochronów agentów, którzy wyskakują w różnych miejscach. Ale Nowak ma złamaną rękę na temblaku. Leci samolotem do końca – do pasa świateł wyciętym z lasu. Partyzanci oznaczyli miejsce do lądowania. Dalej do wsi. Dalej na dworzec do Krakowa. Przedział kipi radością na widok sznurów uciekających Niemców – ciągną się drogami ciężarówkami. Nikt nie zastanawia się nad tym, co będzie kiedy Niemców zastąpią Sowieci.

Warszawa jest jak wulkan przed erupcją. Ulice są napięte. Jeziorański już wie, co alianci sądzą o powstaniu i wie, że nie będzie miało żadnego znaczenia. „To będzie burza... ale w szklance wody” - mówi w stolicy. „Jeśli jakiś biegacz przez pięć lat rozpędzał się, żeby przeskoczyć nad murem i w ostatnim momencie usłyszy, żeby nie przeskakiwał, to po prostu rozbije się o ten mur... I my jesteśmy tym biegaczem” - słyszy w odpowiedzi.

Podróż poślubna z mikrofilmem

Z powstania, razem ze swoją dopiero co poślubioną żoną, „Gretą”, Jan Nowak rusza w swoją najważniejszą misję. Oboje zabierają ze sobą prawie tysiąc zdjęć i nieskończenie wiele dokumentów – to zapis powstania, który najbezpieczniejszy będzie w Londynie. Złamana ręka Nowaka tym razem jest atutem – w gipsie można schować część przesyłki. Druga część zwija się pod improwizowanym gipsem na ręce „Grety”. Trasa biegnie przez Szwajcarię. Szlak przetarła już Zo – Elżbieta Zawadzka – jedyna kobieta wśród cichociemnych.

Pociąg do serca Trzeciej Rzeszy, która umiera na zawał. Słabo podrobione kenkarty – lepiej nie rzucać się w oczy. Długa kolejka po bilety. Nowak uświadamia sobie, że dla ochotników, którzy wyjeżdżają na roboty do Niemiec, bilety są darmowe. Zmieniają więc kolejkę. Pociąg do Stuttgartu stoi godzinami na stacjach. Za oknami ludzie uciekają przed frontem. Pociąg zbliża się powoli do miasta. Gestapo zaczyna kontrolę biletów – bardzo szybką i powierzchowną. „Ausweise, bitte” - gestapowiec przygląda się kenkartom Nowaka i jego żony. Zerka na nich. Twarze neutralne, ale w środku gonitwa. Znowu zerka na kenkarty. Coś mu nie pasuje. Pociąg wjeżdża w tunel. Wszyscy gasną. To czas na ucieczkę? Nie, stąd nie ma ucieczki. Między nimi i gestapowcem jest smolista ciemność. W końcu twarze jaśnieją. Gestapowiec znowu im się przygląda. Już wie. To koniec. Prosi o bilety. To bilety na roboty do Niemiec, które wzięli z oszczędności. Głupi przypadek ratuje im życie. „Danke” - oddaje im dokumenty i idzie dalej.

Szwajcaria - II wojna światowa

Szwajcarski patrol graniczny, fot.: domena publiczna.

Dalej uciekinierzy z ZSRR i niemieccy komuniści prowadzą ich do szwajcarskiej granicy. W środek nocy. Szwajcarska Bazylea zaczyna się cmentarzem. Wysoki mur. Za murem pusta ulica, pochowana w śpiących domach. Budka telefoniczna, z której można zadzwonić do polskiego poselstwa, ale wyrasta zza niej strażnik z karabinem. Prowadzi ich do aresztu. Jeśli ich deportują, wpadną w ręce Niemców. Ale następnego dnia jest sala pełna azylantów - Żydzi, francuscy kolaboranci, naziści - wszyscy w jednym pomieszczeniu. Wszyscy pilnowani przez żołnierzy. Poselstwo w Bernie milczy. Trzeba działać na własną rękę. Jeziorański i "Greta" przysiadają się do strażnika z butelką koniaku. Wesoła rozmowa. Strażnik pije, oni udają że piją. Noc bije zegarami w ciszę całej sali. Strażnik chrapie. Wymykają się przez wysoki mur. A dalej pociągiem do Berna - do polskiego poselstwa. Tam wszystkie dokumenty są już bezpieczne.

Dwa dni później Szwajcarzy orientują się, że zniknęli. Z polskiego poselstwa Jan Nowak i "Greta" jadą do rezydenta, mjr. Młodzianowskiego. Piękny dom z ogrodem. Spokój. Stamtąd mają pojechać do Francji. Obiad w jego domu - z nim i jego córką. Służąca - Szwajcarka - wprowadza dwóch gości, którzy chcą porozmawiać z córką w osobnym pokoju. Przez szklane drzwi widać, że zerkają na Nowaka. Młodzianowski proponuje, żeby wyszli do ogrodu na rzekomy spacer. Z balkonu zrzuca im ich rzeczy. Ale w ogrodzie stoją dwaj nieprzypadkowi cywile, a cały dom jest otoczony.

Dopiero oficjalna decyzja władz Berna sprawia, że małżeństwo Nowaków spokojnie mija wartowników i przechodzi przez granicę do Francji. Stamtąd droga do Londynu prowadzi zimowym niebem. Wysoko nad powoli gasnącym pożarem Europy.

Podziel się tym
Tweet about this on Twitter Share on Reddit Share on Google+ Share on Facebook Share on LinkedIn Email this to someone