Małym, czarnym drukiem zapisanym na kawałkach papieru plątają się ulotki po styczniowych ulicach Warszawy 1930 roku. Treść? Jakiś dialog. Scena? Polityczna. To rozmowa premiera Kazimierza Bartla i prezydenta Ignacego Mościckiego. Nieoficjalna. Bardzo nieoficjalna... Od razu czarnymi wieściami na białych stronach najważniejszych polskich gazet drukują się głośne nagłówki o podsłuchu na linii telefonicznej pomiędzy Pałacem Prezydenckim, a Ministerium. Tak zaczyna się burzliwa, ale błyskawiczna afera podsłuchowa w II RP...

Afery muszą się co jakiś czas przetoczyć. Zresztą im dłużej ich nie ma, tym większe się wydają. W PRL podsłuchy nie były niczym szczególnym, a raczej codziennym, może dlatego nie wzbudzały większego zainteresowania. Co innego w III RP, gdzie pewnego dnia gruchnęła tzw. afera Rywina. W lipcu 2002 roku do Adama Michnika, redaktora naczelnego Gazety Wyborczej, przyszedł tytułowy Lew Rywin, producent filmowy znany z „Listy Schindlera” czy „Pianisty”. Mając za plecami rzekomą „grupę trzymającą władzę” zaproponował „Agorze”, że wydawnictwo będzie mogło kupić telewizję Polsat – co wtedy blokowała ustawa – jeśli, niczym złota rybka, spełni trzy życzenia. Zapłaci 17,5 mln dolarów. Przestanie krytykować rządzącą partię, SLD. Sprawi, że Lew Rywin usiądzie w fotelu prezesa Polsatu. Adam Michnik nagrał na dyktafon całą rozmowę, która po pewnym czasie rozpętała całą aferę. Utworzyła się nawet specjalna sejmowa komisja, która miała wyjaśnić wszystkie niejasności. Koniec końców, Lew Rywin trafił za kratki, a rząd SLD zaczął systematycznie tracić, spore wówczas, poparcie.

Rozmowy podane na talerzu

Jeśli przez kilka lat ktoś odczuwał głód wielkiej sensacji, to mógł go zaspokoić w 2014 roku, kiedy wybuchła kolejna afera. Tym razem podsłuchy odegrały w niej jeszcze większą rolę. Właściwie kluczową. A jeszcze ściślej, głównie o same podsłuchy właśnie chodziło. Znajdowały się one nielegalnie w przyjemnej restauracji, pod stolikami, przy których zasiadali najważniejsi urzędnicy państwowi. Opowiadali oni o zajmowanych stanowiskach, awansach, dymisjach czy podejściu do polskiej polityki. Nie zawsze przychylnie. Jednym z najgłośniejszych ech tej sprawy było samo śledztwo w czasie, którego upubliczniono prywatne dane osób zamieszanych w aferę. Miała ona pośredni wpływ na przegraną partii PO w wyborach i przejęcie władzy przez, opozycyjny wówczas, PiS.

Pokazała jednak, że osoby publiczne nigdzie nie mogą czuć się prywatnie. Dlatego coraz częściej ważne spotkania odbywają się w zamkniętych biurach zabezpieczonych przez zagłuszacze. Czy jak kto woli, „szumidła”. Z tej okazji chcieliśmy podpowiedzieć osobom czy instytucjom ceniącym sobie prywatność, jak tę prywatność podtrzymać.

Jak zagłuszyć dyktafon, który wywołał aferę z KNF?

Dyktafon za 170 zł. Trudno sobie wyobrazić urządzenie prostsze do zagłuszenia. A jednak, okazuje się, że to właśnie niepozorny dyktafon jest jednym z bardziej wymagających przeciwników. I nie jest to wcale sarkazm nawiązujący do afery z udziałem byłego już szefa KNF, Marka Chrzanowskiego, który zaproponował znanemu polskiemu bankierowi i miliarderowi, Leszkowi Czarneckiemu przychylność dla jego banku w zamian za 40 milionów złotych. Taką kwotę przewodniczący KNF miał ukryć pod 1% przyszłego zysku Getin Noble Banku, którą z kolei Czarnecki miał przelać na konto prawnika, Grzegorza Kowalczyka. Ta przychylność byłaby na rękę miliarderowi, którego kilka banków jest zagrożonych przejęciem przez państwo. Czarnecki jednak odmówił. Wyposażony w dwa dyktafony i jedną ukrytą kamerę. Marek Chrzanowski. zaraz na początku ich rozmowy włączył swoje „szumidła”, które miały chronić jego biuro przed podsłuchami. Rzeczywiście zakłóciły działanie jednego dyktafonu oraz mini kamery w długopisie Czarneckiego, ale drugi dyktafon nagrał całą rozmowę obu panów.

W gabinecie szefa KNF były zainstalowane zagłuszacze wibroakustyczne, które doskonale blokują podsłuchy umieszczone na zewnątrz – podsłuchy mikrofalowe i laserowe, które przechwytują dźwięk przez szyby okien; podsłuchy sejsmiczne, które zdobywają informacje przez ściany czy instalacje wodne; albo mikrofony zainstalowane w podwieszanych sufitach czy wentylacjach. Tak właśnie działa choćby zagłuszacz wibroakustyczny SEL SP-157 marki Selcom.

Zagłuszacz wibroakustyczny

Wibroakustyczny zagłuszacz podsłuchów SEL SP-157 marki Selcom

Rejestrator ukryty gdzieś wewnątrz pomieszczenia to inna para kaloszy. W jego przypadku lepiej sprawdzi się zagłuszacz ultradźwiękowy. Emituje on „biały szum”, który zakłóca nagrania i w praktyce sprawia, że stają się one bezużyteczne. Nie można ich też odszumić. Przykładem takiego urządzenia jest Tower-A – niewielka, elegancka wieża, która generuje ultradźwięki wokół siebie i tworzy w ten sposób strefę bezpieczeństwa. Natomiast jako Case Ultra-05 może on być też zamknięty w walizce, która do złudzenia przypomina biznesowy neseser. Emituje wtedy szum w wybranym kierunku, więc może zagłuszyć prowadzoną rozmowę.

Zagłuszacz ultradźwiękowy

Ultradźwiękowy zagłuszacz podsłuchów Case Ultra-05

Wszystko opiera się na fizyce

Takie generatory szumu zagłuszają mikrofony w telefonach najpopularniejszych producentów czy część podsłuchów, ale to nie znaczy, że jeden zagłuszacz zabezpieczy nasze biuro na wszelkie wypadki i przypadki. W gruncie rzeczy wszystko zależy od konkretnego modelu podsłuchu – niektóre są bardziej podatne na zagłuszanie, inne dość uparcie nagrywają wszystko. Trzeba też pamiętać o prawach fizyki, że w zależności od pomieszczenia fale dźwiękowe rozchodzą się w różny sposób. Inaczej w pustym pokoju, inaczej w wygłuszonym. Dlatego w biurach naszych Klientów instalujemy całe systemy zabezpieczeń – specjalnie dla nich skonfigurowane. Tylko zabezpieczenia, które nakładają się na siebie mogą być skuteczne.

W 1930 roku bardzo szybko znaleziono człowieka, który podłożył podsłuch na linii telefonicznej prezydent-premier. Po nitce do kłębka. Kłębek był jednak mocno zagmatwany. Z czasem okazało się, że winny – niejaki Seinfeld – nie jest, jak się wcześniej wydawało, wysłannikiem opozycji, ale... partii rządzącej. Powód do dziś nie jest znany. Prawdopodobnie chodziło o sprowokowanie wotum nieufności dla ich obecnego, ugodowego rządu i powołanie nowego. Takiego, który pokonałby opozycję. Tak czy owak, media huczały i prześcigały się w nowych doniesieniach. Podobnie jest w naszych czasach, kiedy afery kwitną z zasianych podsłuchów. Zmienia się tylko technologia, ale fizyka pozostaje taka sama. Jednakowa dla wszystkich. Warto więc, żeby stała po właściwej stronie.

Podziel się tym
Tweet about this on Twitter Share on Reddit Share on Google+ Share on Facebook Share on LinkedIn Email this to someone