Ślepego Maksa obawiali się gangsterzy znęcający się nad swoimi ofiarami, jak i doliniarze, mojszczycy (kradnący na dworcach), tojterzy (okradali pijanych) czy szlamgajerzy (obrabiający mieszkania nocą), zaś niektórzy łódzcy Żydzi tworzyli o nim pochwalne, dziękczynne piosenki, których puenta – paradoksalnie – mówiła np. o nieczynieniu zła… w obawie przed gangsterem, skutecznym obrońcą uciśnionych… po odpowiednio wysokim posmarowaniu ręki.

Poszukiwała go policja, aczkolwiek nie zawsze z powodu gangsterskiego stylu życia (nie po to latami chuchał i dmuchał na swoje układy z Urzędem Śledczym w Łodzi), a wtedy, kiedy sami zawodzili na polu poszukiwań przestępcy. Jeżeli ów działał bez wiedzy Ślepego Maksa, mógł czekać go los gorszy niż zimna i wilgotna cela w zależności od przewinienia, czyli np. nie zaakceptowanej przez nikogo zmiany rejonu i złodziejskiej specjalizacji.

Kim był człowiek, którego albo się podziwiało, albo nienawidziło? Albo uważało za największego polskiego gangstera dwudziestolecia, albo traktowano jak zwykłego opryszka o talencie mitomana?

Menachem Bornsztajn (ewentualnie – Borensztajn lub Bornstein), chociaż pochowany na cmentarzu żydowskim w Łodzi, nie zapisał się pozytywnie w pamięci wszystkich Żydów, którzy doskonale zdawali sobie sprawę z jego kryminalnej działki, jednak latami milczeli. Fala goryczy przelała się dopiero w latach 30. XX wieku, kiedy donos za donosem wędrował za Maksem na salę sądową. Za życia pielęgnował swój wizerunek obrońcy terroryzowanych, broniąc m.in. eksmitowanych z łódzkich kamienic czy ściągając z wojaży niedoszłych narzeczonych dla panien w ciążach, ale sam nie przebierał w środkach w rządzeniu twardą ręką gangsterskim światkiem. Wymuszał haracze, groził, kradł, był paserem – stąd jego druga twarz bałuckiego dyktatora, jak pisano o nim w artykule opisującym morderstwo w obronie własnej (!) w Ilustrowanej Republice w 1930 roku. Nazywano go także polskim Al Capone.

Jak Janosik z Bałut został gangsterem owianym do dziś romantycznymi historiami?

W Bałutach nie zostali powitani solą i chlebem, a zaskoczyła ich śmierć

W 1915 roku wieś Bałuty, zamieszkaną przez 100 tysięcy mieszkańców i będącą największą wsią w ówczesnej Europie, włączono do Łodzi. 15 lat wcześniej, na dzisiejszej ulicy Stefana, a ówczesnej Wąskiej, zamieszkała rodzina Bornsztajnów, która nie wiedziała, że przeprowadzka z Łęczycy do żydowskiej dzielnicy będzie gwoździem do trumny. Wybór dzielnicy nie był przypadkowy, bowiem od 1821 roku obowiązywał dekret cara Aleksandra I, który zobowiązywał Żydów łódzkich do osiedlania się wyłącznie na Bałutach.

Ojciec Menachema zajmował się ulicznym ostrzeniem noży i pewnego dnia zebrał krwawe żniwo. Kiedy Maks pomagał ojcu, ten zasłabł – prawdopodobnie stoczył się z krawężnika lub znalazł się zbyt blisko niego i wpadł pod bryczkę Arona Goldberga, łódzkiego bogacza, który tak bardzo przejął się przypadkowym poszkodowanym, że zaczął go okładać batem. Podobną troską wykazał się stójkowy, który dołożył swoje 5 groszy pałką. Mężczyzna zmarł, zostawiając rodzinę bez środków do życia. Chłopca, który widział całe tragiczne zajście i doskonale wiedział, kto był naprawdę winny.

Kiedy w Maksie zaczęła kiełkować pragnienie posłania winnych do wąchania kwiatków od spodu? Kiedy zmarł jego skatowany ojciec, czy kiedy sam zabił po raz pierwszy?

Jego także niemalże nie spotkała podobna śmierć z ręki stójkowego, bowiem żebrzący chłopiec głosił, kto jest mordercą jego ojca. Stójkowy chciał zamknąć mu usta. Na szczęście w momencie katowania chłopca w ciemnej uliczce pojawił się Staszek Poneta z nożem, kolega Maksa, który uratował mu życie. Maks odebrał od stójkowego pistolet i zastrzelił napastnika.

Maks nigdy nie poniósł konsekwencji tego czynu. Zemsta na Aronie Goldbergu musiała być przeciwieństwem impulsywności. Zemsta na stójkowym dokonała się przypadkiem. Druga wyniosła go na jeden z pierwszych szczebli przestępczej drabiny.

Istnieją różne wersje co do pamiątek po krwawym spotkaniu ze stójkowym: ślepota na jedno oko, bielmo, szklane oko, zsuwająca się powieka… Jedne źródła mówią o biciu chłopca pałką, inne – o butach podbitych gwoździami, które raziły głowę chłopca.

Legenda głosi, że stójkowy uszkodził rogówkę Maksa, który od tej pory był nazywany Ślepym. Tej rewelacji zaprzecza jednak Józef Dąbrowski w artykule autorstwa Remigiusza Piotrowskiego (Nasza Historia Dziennik Łódzki, nr 12, grudzień 2014) – zapytany o bielmo zaprzeczył, aby takowe istniało. Ślepy Maks… miał normalne oczy.

Od pucybuta do milionera? Nie – od ostrzenia noży do gangstera!

Rodzina Menachema klepała biedę, a na chłopca jako pierworodnego spadł obowiązek utrzymania rodziny. Można było się spodziewać, że Maks nie wróci za szkolną ławkę. Arkana pisania i czytania zgłębił dopiero po wojnie, jednak analfabetyzm nie przeszkadzał mu w ferowaniu wyroków na łódzkich gangsterów i przeciętnych, nudnych obywateli, walczących z zazdrosnymi żonami i nieuczciwymi współwłaścicielami spółek, trzymaniu przestępców w kieszeni i… współpracy z policją, której Maks sypał mniej znaczących, aby jego gniazdko było nietykalne.

Zanim je sobie uwił, włóczył się po Bałutach z grupką kolegów, snując się po zakurzonych, ciemnych uliczkach i zasnuwając widoki biedy marzeniami o bogactwie, władzy i beztroskim życiu.

Osoba, którą spotkali na swojej drodze, była odziana w habit, lecz nie prowadziła przykładnego życia. Był to tzw. Natan Ksiądz – były mnich, kameduł, który jednak z klasztoru nie wyniósł bożych nauk, a złodziejski fach.

Wszystko w lot, podobnie jak pewnie później kosztowności i portfele, chwytał Maks. Nie bez powodu legenda głosi, że w swoim mieszkaniu trzymał manekina ubranego w marynarkę z dzwoneczkami. Kandydat musiał mieć złotą rączkę – bez zadrapań – do tego fachu i zachować spokój mimo potu perlącego się na czole ze stresu, bowiem najcichszy dźwięk dzwoneczka oznaczał oblanie testu na kradzież.

W czasie I wojny światowej Maks ze swoim gangiem zajął się lukratywnym biznesem rabowania wagonów towarowych przeznaczonych dla pruskich pułków. Cukier, węgiel, kamfora i ubrania schodziły jak chrupiące pieczywo o poranku. Kluczowe jest, że jednym z dwóch głównych odbiorców był… Aron Goldberg, mający na rękach krew ojca Maksa. Ten zaś nie był w ciemię bity i kiedy podejrzewał, że drugi odbiorca – Franek Zielonka – doniósł na jego szajkę, postanowił zacisnąć zęby, stłumić żądzę zemsty i wespół z Goldbergiem usunąć Zielonkę w cień, niszcząc jego magazyny. Inna wersja wydarzeń głosi, że to Goldberg odpowiadał za donos na Maksa, któremu udało się uciec z opresji – i postanowił się zemścić, zbliżając się bardziej do wroga.

Ku krwawym godom, czyli kiedy nienawidzisz teścia od lat

Maks definitywnie umocnił swoją pozycję w gangsterskim światku, mszcząc się za zabójstwo ojca.

Po wojnie przestępcy na ulicy nie przypominali łachmytów, a elegantów o dobrej prezencji na wybiegu mody.

Obcisła marynarka z jasnej gabardyny, sztuczkowe spodnie, szary melonik i jasnobrązowe pantofle obciągnięte getrami nie nasuwały na myśl obdartusa z Wąskiej czy Nowomiejskiej (…), a raczej aspirującego kupca.

Ślepy Maks. Historia łódzkiego Ala Capone, Remigiusz Piotrowski

Oprócz nieskazitelnego wyglądu dbali również o żeniaczkę, jedni dla umocnienia swoich wpływów i bogactwa, a Maks – dla satysfakcjonującej i dochodowej na lata zemsty. Nasz – już nie raczkujący – Al Capone poprosił o rękę córki Arona. Nie dość, że dziewczyna wyszła za mąż za kryminalistę, który jej nie kochał, to jeszcze rocznica jej ślubu stała się rocznicą zamordowania jej ojca.

Gra Dintojra

I Ty możesz wymierzać wyroki… W grze Dintojra (http://departamentgier.pl/dintojra/zasady-gry/#karty), którą wspiera m.in. Muzeum Miasta Łodzi. Wejdź na stronę gry, aby zobaczyć pozostałe karty!

Oficjalnie Maks miał nie mieć z nożownikiem nic wspólnego, ale też nie interweniował podczas zajścia.

Nieoficjalnie – Łódź obiegła plotka, że to on zlecił bandytom wtargnięcie na salę weselną, kiedy goście będą już dogorywać, a zabawa wygasać. Czy prawda leży pośrodku i Ślepy Maks naprawdę nie zlecił zlikwidowania teścia?

Czy małżonkowie odbyli szczęśliwy miesiąc miodowy? Z pewnością nadszedł czas bezwzględnych rządów Ślepego Maksa, który dzierżył władzę nad dintojrą, czyli przekształconym na przestępcze potrzeby żydowskim sądem polubownym w sprawach cywilnych. W tym celu do życia została powołana organizacja Ezras Achim, czyli Bratnia Pomoc, oficjalnie wspomagające Żydówki bez posagu, jednak jej rzeczywistym celem było zweryfikowanie, czy przestępcy przestrzegają niepisanych zasad Maksa.

Obrona konieczna w gangsterskim światku lat 30. XX wieku wyglądała zupełnie inaczej

Ślepy Maks nie był ślepy na konkurencję, np. na Srula Kalma Balbermana, wydającego wyroki dintojry za niższą stawkę. Między mężczyznami doszło też do innego zatargu na tle finansowym – Balberman przejął pieniądze, które należały się jego kompanowi, a ten domagał się ich od Maksa.

Menachem stwierdził, że ma dość – doniósł na niego, opisując go jako przywódcę Bratniej Pomocy i wyjawiając jej nieoficjalną osłonę. Balberman znalazł się na świeczniku, a sam wziął za cel Maksa. Ten postanowił nie być bezbronny i oficjalną drogą zdobyć broń do ochrony osobistej, co było o niebo łatwiejsze niż dzisiaj, zwłaszcza dla osób z koneksjami – nasz gangster z miną zagrożonego aniołka udał się do starostwa.

Wycinek z Ilustrowanej Republiki (http://bc.wimbp.lodz.pl/Content/24864/IlustrowanaRepublika1930Nr015.pdf), w której opublikowano artykuł o zastrzeleniu Srula Balbermana przez Ślepego Maksa (s. 7)

Broń niedługo później przeszła chrzest – zaatakowany przez Balbermana na ulicy Maks zastrzelił go i został uniewinniony przez sąd dzięki działaniu w obronie własnej. Prawdą jest, że o wyroku przesądziła nie Temida, a… świadkowie zorganizowani przez skorumpowanych policjantów. Na pamiątkę nosił przy sobie wycinki z gazet o tym wydarzeniu, gdyby ktoś zwątpił, kogo spotkał na swojej drodze.

Wtedy naprawdę stał się nietykalny, a jak wyszło oficjalnie na jaw w latach 30. XX wieku, współpracował z inspektorem Noskiem, któremu wydawał zwykłych bandziorów. Został skazany, spędził w więzieniu ponad 3 lata i na wolność wyszedł jeszcze przed wybuchem II wojny światowej.

Ślepy Maks zdobył okładkę łódzkiego Głosu Porannego (http://bc.wimbp.lodz.pl/Content/17198/Glos_Poranny1929nr227a.pdf) pewnego piątku 1929 roku…

Biuro próśb i podań Obrona jako kolejna przykrywka

Wróćmy jednak na chwilę do urodzajnych lat przed aresztowaniem. Po zastrzeleniu Balbermana Maks nie porzucił gotowania marnego losu dla tych, którzy próbowali mu się sprzeciwiać czy działać bez jego wiedzy. Pod przykrywką kolejnego stowarzyszenia, które za opłatą rozwiązywało problemy oszukiwanych, dręczonych Żydów, wymierzał sprawiedliwość.

Czekaj ty, kamieniczniku,

Krótka będzie władza twa,

Idzie właśnie Ślepy Maks

I ci dobrze w dupę da!

Informacje o jego działalności podawano sobie z ust do ust w Łodzi, zatem i policja wiedziała o jego źródle dochodu, co wykorzystywała, aby nie wyjść na niekompetentną. Do historii przeszły takie kradzieże, jak koca z wielbłądziej wełny generała Wieniawy-Długoszewskiego czy skrzypce muzyka żydowskiego Hubermana, a także zestawu przyrządów akuszerki Stanisławy Leszczyńskiej. Jeden telefon, jeden rzut oka do notesu i satysfakcjonujący błysk w oku. Błyskawicznie ustalił, kto odpowiada za kradzieże cennych przedmiotów, które wróciły do właścicieli.

Takie złote serce miał Maks… które transformowało się w kamień, kiedy wymierzał kary, żądał haraczy, szantażował, zlecał pobicia, wysyłał w miasto osiłków, na rękach miał krew i zdemolowane mieszkania. Czasami pobierał opłaty i kaucje od obu zwaśnionych stron, aby zarabiać kilkukrotnie na skłóconych i stanąć po stronie tej osoby, która zapłaciła więcej, chociaż zdarzały się także sprawy nierozwiązane, kiedy Maks po nierozstrzygniętym sądzie zapraszał zgromadzonych do restauracji… i na tym się kończyło. Reklamacji i zwrotów nie przyjmuję, chyba że będę miał ochotę – taki napis mógłby wisieć na drzwiach Maksa, który raz podpowiedział rozżalonemu petentowi, jak… unieważnić wyrok. Menachem był niepiśmienny, więc jego wyroki nigdy nie miały mocy!

Z drugiej strony – policja tolerowała te wybryki, bowiem Ślepy Maks wykonywał za nich część pracy, dbając jednocześnie o swoje interesy i oczyszczając Łódź przynajmniej z części niepożądanych elementów. I tak przynajmniej do 1932, kiedy zamknięto jego biuro, a potem postawiono gangstera w stan oskarżenia.

Mimo że był nazywany Janosikiem, przyszła kryska na matyska!

We wrześniu 1939 roku Ślepy Maks uciekł na Ukrainę, jednak potem nie trafiło mu się jak ślepej kurze ziarno, bowiem miał do wyboru zło i mniejsze zło. Albo gułag, albo obywatelstwo sowieckie. Wybrał pierwsze… i przeżył, mimo że uśmiercił go niemiecki dziennik. Informacja była fałszywą plotką, ale co interesujące, w owym dzienniku ukazało się zdjęcie Menachema – nigdzie indziej nie publikowane i wbrew temu, że ponoć zachowało się tylko jedno zdjęcie gangstera.

1946, Łódź, niby ta sama, a jednak zupełnie inna. Maks stracił pozycję i władzę, co mu zostało, to ukryte przed wojną dolary i handel złotem w łódzkim hotelu. Ponoć pracował jako portier (!) i prowadził mały warsztat tkacki. Mówiono także, że współpracuje ze Służbami Bezpieczeństwa (faktycznie go nachodziły) i popiera Cyrankiewicza, co miało dla niego być zasłoną. Józef Dąbrowski we wspomnianym wyżej artykule dodał, że Ślepy Maks był właścicielem niewielkiej drukarni, drukował np. bloczki z kwitami – i na tym miał zbić majątek.

Dzisiaj podczas czytania o Menachemie możemy napić się piwa Ślepy Maks. Autorem zdjęcia jest Patryk Piechocki, który pisał o Ślepym Maksie tutaj: http://www.piwnybrodacz.pl/2014/06/slepy-maks-piwoteka.html

100 tysięcy złotych za żonę?

Powojenne lata życia Maksa obfitują w niesprawdzone informacje, chociaż podupadł wówczas jego przestępczy wizerunek, kwitły plotki utrzymujące przy życiu twarz blagiera. Jedną z gorących plotek, której nie powstydziłby się dzisiejszy tabloid, był zakup żony za 100 tysięcy złotych, młodszej od Maksa o 42 lata. Jak na małżeństwo, które trwało 2 lata – do śmierci Maksa 18 maja 1960 roku – byłaby to bardzo wysoka cena za pożegnanie samotności.

Mimo że Ślepy Maks po wojnie nie nosił już korony gangsterów, został pochowany naprzeciwko innego króla – bawełny, jak nazywano Izraela Poznańskiego. Prawie 60 lat po śmierci Menachema Bornsztajna wciąż nie wiadomo, które wydarzenia z jego życia były prawdziwe, a które zmyślone; ile prawdy tkwi we wszystkich donosach, jakie złożono na niego w latach 30. XX wieku; które powiedzenia rzeczywiście wygłosił swoim głosem, a które włożono mu w usta, aby wzmocnić wizerunek. Przez większość życia był analfabetą, ale słowo pisane nie było mu potrzebne do pielęgnowania swojego PR-u tak, aby słówko o nim wywoływało u jednych drżenie, u innych podekscytowanie.

Nie brakowało mu tego czarnego PR-u, ale zdecydowanie nie był biało-czarną postacią. Dla niego Temida z opaską na oczach nie była bezstronna, a… Ślepa.

Warto przeczytać:

Podziel się tym
Tweet about this on Twitter Share on Reddit Share on Google+ Share on Facebook Share on LinkedIn Email this to someone