Jest 13 sierpnia 1944 roku. Cichy, warszawski poranek przeskakuje boso po gruzach kamienic. Ciągnie się stamtąd – od martwych ciał pochowanych w pyle ulic, aż tam – do ciężkiego buta, który w najbliższych dniach ma wdeptać miasto w fundamenty. Ale dziś – w tym letnim słońcu – wszystko wydaje się spokojne. Stare Miasto chowa się na powstańczych barykadach. Przy Placu Zamkowym pojawiają się dwa niemieckie czołgi. Ostrzał karabinów rozcina niedzielne powietrze, jak kamienie wrzucane w cichy staw – i tak przez godzinę. W końcu na barykadę rusza inny pojazd – przypomina czołg, ale jest mniejszy, bez lufy i wyposażony tylko w radio. Butelki z benzyną – maszyna płonie, kierowca ucieka, powstańcy gaszą pożar piaskiem i przejmują go. Co to za pojazd? Nikt nigdy nie widział czegoś takiego. Rozkaz, żeby się do niego nie zbliżać i zbadać dopiero po zmroku. Późnym popołudniem jednak inna brygada powstańców przejmuje maszynę i wjeżdża nią w głąb Starego Miasta. „Czołg zdobyty!” - słowa toczą się dumnie i lekko po gruzach, a ludzie tłumnie wychodzą, żeby zobaczyć ten sukces. Nagle – wybuch. Gigantyczna eksplozja rozrywa ponad 300 osób, których ciała spadają na ulice, wpadają w okna budynków, zwisają z latarni.

To wydarzenie przeszło do historii jako „eksplozja czołgu pułapki”. Tymczasem w rzeczywistości nie był to czołg, a pojazd przewożący ładunki wybuchowe – Borgward IV. Na Starówkę wjechał z ładunkiem ważącym 500 kilogramów. Podczas przepraw przez kolejne barykady ten ładunek osunął się, automatycznie włączył się detonator czasowy, który zwykle umożliwiał maszynie bezpieczne oddalenie się –i nastąpiła eksplozja. Wielu historyków i samych uczestników powstania warszawskiego uważało, że Niemcy celowo podrzucili powstańcom ten pojazd. Najprawdopodobniej był to jednak nieszczęśliwy wypadek.

Skąd powstańcy mieli broń?

Żeby zrozumieć radość powstańców ze zdobytego „czołgu” trzeba uświadomić sobie, że Niemcy – wspierani przez degeneratów radzieckich – mieli miażdżącą przewagę nad walczącą ludnością. 50 000 żołnierzy Wehrmachtu i SS dowodzonych przez 14 generałów, było wspieranych przez lotnictwo, ciężki sprzęt pancerny i liczne grono kolaborantów. Po drugiej stronie stanęło (według różnych szacunków) około 28 000 żołnierzy AK, którym udało się dotrzeć do Warszawy na czas godziny „W”. Jednocześnie powstańcy rozpoczęli zmasowany atak w różnych częściach miasta, mając jedynie 3000 sztuk broni – dlatego większość z nich walczyła dosłownie bezbronnie.

Powstanie warszawskie - broń powstańców

Autorem zdjęcia jest Stefan Bałuk, który przeżył powstanie. Umarł w wieku 100 lat w 2014 roku.

Broń pochodziła z różnych źródeł. Część z niej była pozostałością jeszcze po oblężeniu Warszawy w 1939 roku. Od tego czasu była zakopana pod ziemią, dlatego większość egzemplarzy nie nadawała się do walki. W najlepszym stanie była broń przechowywana potajemnie w mieszkaniach – pod podłogą czy w innych skrytkach.

Polacy walczyli ze swoim niedozbrojeniem również poprzez handel – odkupywali broń od wycofujących się żołnierzy, przede wszystkim włoskich, którzy sprzedawali ją po mocno zawyżonych cenach. Broń jednak była na wagę życia.

Powstańcy korzystali też z broni zdobycznej – po atakach na patrole SS czy słabiej zabezpieczone punkty kontrolne.

Czym walczyli powstańcy w 1944?

W konspiracyjnych mieszkaniach broń nie tylko przechowywano, ale też nierzadko tworzono. Oczywiście nie mogła się ona równać z tą, która wyjeżdżała z niemieckich fabryk, ale umożliwiała jakąkolwiek walkę. Do lipca 1944 roku wyprodukowano nawet 200 prowizorycznych miotaczy ognia, 2000 karabinów STEN, 10 000 butelek zapalających i nawet 115 000 granatów ręcznych.

Powstańcy liczyli też na pomoc alianckich samolotów, które miały zrzucać broń z powietrza. Trochę się przeliczyli. Ostatecznie piloci brytyjskiego RAF-u przetransportowali 670 ton sprzętu z czego 443 tony trafiły do polskich żołnierzy, a resztę przejęli Niemcy. Dla porównania nad Francją zrzucono ponad 10 000 ton broni. Co zawierały nasze paczki? Między innymi granaty (ręczne i przeciwpancerne), karabiny rkm BREN, pistolety Colt wraz z amunicją, a nawet moździerze i miny przeciwpiechotne.

Dzień 63.

Pierwszego dnia powstania żołnierze AK zdobyli najwyższy budynek w Polsce - wieżowiec "Prudential" - a na samym szczycie zawiesili polską flagę. Ten symbol jeszcze przez wiele dni tak bardzo irytował Niemców, że ostrzeliwali warszawski "drapacz chmur" tak długo, aż strącili maszt z flagą. Ze wschodu nadciągała Armia Czerwona, przez którą Hitlerowcy powoli odwracali się w stronę Berlina. Pojawiła się więc szansa na przejęcie miasta przez Polaków zanim zdobędzie je Stalin i tym samym Warszawa przejdzie z rąk do rąk. Jednak bez dodatkowego wsparcia ze strony sojuszników 63 dni później zrobiono to słynne zdjęcie.

Powstanie warszawskie - kapitulacja

Dowódca AK gen. Tadeusz "Bór" Komorowski i SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach-Zelewski w czasie kapitulacji Powstania

Na wieść o powstaniu Hitler rozkazał dosłownie zrównać Warszawę z ziemią i zabić każdego jej mieszkańca. Miała to być rzekoma przestroga dla reszty Europy. Niemcy realizowali ten plan aż do wycofania się z miasta na początku 1945 roku, urządzając krwawą rzeź ludności i burząc budynek po budynku.

W 1939 roku w Warszawie żyło prawie 1 300 000 ludzi. Samo miasto nazywano „Paryżem Północy”. W październiku 1944 roku Niemcy wywieźli z Warszawy całą ludność i w ruinach pozostało mniej niż 1000 osób, którym udało się ukryć... W tym słynny kompozytor Władysław Szpilman. Samo miasto – zniszczone w 65% - leżało w gruzach rozrzuconych na obszarze 20 milionów metrów sześciennych.


*Autorem głównego zdjęcia jest Eugeniusz Lokajski - wielokrotny medalista lekkoatletycznych Mistrzostw Polski. Zginął w powstaniu warszawskim.

Podziel się tym
Tweet about this on Twitter Share on Reddit Share on Google+ Share on Facebook Share on LinkedIn Email this to someone