Arktyka. Biało wszędzie, głucho wszędzie. Tu foka łakomie gapi się na ryby. Tam niedźwiedź polarny niecierpliwie gapi się na fokę. Na brzegu rybitwy popielate opalają nogi, gapiąc się na nas podejrzliwie – nigdy nic nie wiadomo. A tam na wzgórzu śnieżny pył kręci z wiatrem, jak para zakochanych na karuzeli. Zimowy klimat jak się patrzy. Ale nie ma tu miejsca dla bałwanów. Nie ma nawet iglaków, które można by przyozdobić świątecznymi lampkami. Kable zresztą zostałyby pewnie zerwane przez pierwszego lepszego lisa polarnego czy innego leminga.

Atmosfera więc niezbyt jak w utopijnym El Dorado, a bardziej jak na Dzikim Zachodzie, czy raczej Północy, a dokładnie na norweskiej wysepce Spitsbergen w archipelagu Svalbard.

Teoretycznie nie ma tu nic, a tymczasem, tuż za tamtą zaspą śnieżną widać tunel, który wbiega w głąb góry – to drzwi do jednego z najbezpieczniejszych miejsc na świecie. To miejsce, które chroni nie tylko przed dzikimi sąsiadami, ale też przed ciekawskimi ludźmi i ogólnie przed wszelkim wypadkiem. To miejsce to Globalny Bank Nasion.

Nasion, które mają szansę pozostać w nienaruszonym stanie, gdyby zdarzyła się jakaś światowa katastrofa. Tutaj niestraszne są im żadne burze – ani atmosferyczne, ani nuklearne – niestraszne im trzęsienia ziemi, pożary, globalne potopy, ani przeboje Justina Biebera.

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej!

Jest tu bezpiecznie jak w domu – chciałoby się powiedzieć. Jak w Twoim domu? – dopyta zarówno troskliwa babcia, jak i przypadkowy przechodzień w czarnej kominiarce. Jeśli pod pobliskimi choinkami (zwanymi jeszcze świerkami i innymi jodłami) czekają na nas niekoniecznie prezenty, które aż chciałyby zostać przez nas zdemaskowane – ale ewentualni włamywacze, którzy w przyczajeniu czekają, aż wreszcie pojedziemy do tej rodziny na drugim końcu kraju – to warto zabezpieczyć swój dom.

Kota nie ma, myszy harcują

Tak jak nasiona dla całej ludzkości, tak dla nas cenne są nasze prywatne rzeczy i nasz dom sam w sobie. Jak więc zrobić z niego bunkier nie do zdobycia?

Oczywiście, jeśli mamy akurat pod ręką Kevina, możemy zostawić go samego w domu, ale nie gwarantuje to, że w ferworze akcji defensywno-ofensywnej nie uszkodzi on całego wnętrza nawet bardziej niż włamywacze. Jest więc to rozwiązanie bardziej honorowe, niż praktyczne. Można jednak podpatrzeć kilka jego sposobów.

Nie mam na myśli raczej gwoździ wystających ze stopni schodów, podgrzewania gałki w drzwiach czy zastawiania pułapki z żelazkiem, mającym uderzyć włamywacza w twarz, ale już ustawienie lamp w całym domu tak, żeby światła włączały się automatycznie o określonej porze, nawet w czasie naszej nieobecności, może sprawić, że będziemy tam, gdzie nas nie ma i potencjalny złodziej nawet nie zorientuje się, że cała rodzina wyjechała na święta.

Dom mądrzejszy od złodzieja

Nasz dom może zresztą sam o siebie zadbać, jeśli jest choć trochę inteligentny. Jak go tego nauczyć? Za pomocą systemu, który niczym dr Frankenstein potrafi tchnąć życie w betonowego manekina. A co robi taki dom, kiedy nas nie ma? Na przykład o określonej godzinie włącza telewizor i ogląda ulubione programy, robiąc szum, jakby cała rodzina siedziała na kanapie w salonie. Już od pierwszego wejrzenia do środka widać, że dom pozostawiony na straży samego siebie albo nie jest zbyt gościnny – jeśli ktoś otworzy drzwi w czasie naszej nieobecności, nasz dom od razu nas o tym poinformuje – albo jest nadmiernie gościnny – zamknie drzwi za nieproszonym gościem aż do przyjazdu Policji.

Jeśli w tym czasie jegomość zajrzy do naszego komputera, VideoGhost – jak duch straszący w naszym domu – niezauważenie podejrzy wszystko, co wydarzy się na naszym sprzęcie, zapisując nagrania i wysyłając je na nasz smartfon. Nic też nie umknie uwadze dyktafonu aktywowanego dźwiękiem, który bacznie nadstawia ucho, kiedy tylko usłyszy jakiś odgłos.

Twoje trzecie oko, czyli zdalny monitoring domu

Możemy zresztą z dowolnego miejsca – na przykład z kuchni u wspomnianej już babci, lepiąc uszka do barszczu – podglądać, co w tym czasie dzieje się u nas w domu. Dyskretne, ale czujne oko kamery ukrytej w budziku nawet nie mrugnie, obserwując naszą sypialnię czy inne wybrane pomieszczenie – jak na budzik przystało, nie zasypia nawet na chwilę. Mały, ale czujny, jak przyczajony tygrys. Aby uniknąć zadymy czujnik dymu z kamerką nie tylko w porę wykryje gęstniejącą atmosferę, ale też nie spuści zasłony dymnej na to, co dzieje się w czasie naszej nieobecności, wysyłając nam obraz na żywo przez internet.

Jeśli natomiast chcemy objąć spojrzeniem całą naszą posesję czy mieszkanie, przyda nam się fotopułapka, która – niczym niestrudzony stróż, czy może raczej przyczajony tygrys – z ukrycia, ale bacznie przygląda się swojemu terytorium i uaktywnia się, kiedy widzi jakiś ruch – wtedy zaczyna nagrywać wszystko, co się dzieje w zasięgu jej wzroku, niezależnie od pory dnia czy jakości światła, a potem wysyła Ci alarmowego SMS-a lub e-maila.

Chociaż transmisji na żywo nie będzie dla nas prowadzić kamera ukryta w kubku na kawę, ten podręczny gadżet przyda się zawsze, kiedy opuszczamy na około dwie godziny gabinet czy kuchnię. W tym czasie, niczym czujne oko pracownika Starbucksa, kubek - a precyzyjnie - jego pokrywka, nagra dla nas wszystko, co się działo podczas naszej nieobecności. Zarówno osobę buszującą w naszych szufladach, jak i kilkulatka wyjadającego Nutellę lub świąteczny dżem łyżeczką prosto ze słoika.

„Paweł i Gaweł w jednym stali domu...”

Często – w zależności od tego jak dobrze nam się żyje z naszymi sąsiadami, a im z nami – możemy poprosić jednego z tych najbardziej zaufanych o doglądanie naszego dobytku – sposób tradycyjny, mało zaawansowany technologicznie, ale też całkiem skuteczny, jeśli chcemy robić po prostu „sztuczny tłok” w naszym domu. A przy okazji nie ususzyć kwiatów.

Technologicznie mamy za to tendencję do chwalenia się każdą chwilą w mediach społecznościowych – od parówek na śniadanie po narodziny dziecka i właśnie wyjazdy, to tu, to tam. Czasem brakuje jeszcze tylko informacji, że klucz sprytnie zostawiliśmy pod wycieraczką, ale i bez tego teoretyczny włamywacz może stać się włamywaczem praktycznym. Dlatego niektóre rzeczy warto zostawić dla siebie, czyli zastanowić się dwa razy, co udostępniamy publicznie na Facebooku.

W ten sposób może i nie uchronimy się przed katastrofą nuklearną czy ekologiczną – ale już przed ewentualną katastrofą osobistą, jaką jest włamanie, tak – przełamując się spokojnie opłatkiem, a nie przełamując się, żeby wrócić ze świąt wcześniej i sprawdzić, czy w domu na pewno wszystko jest na swoim miejscu.


Zabezpieczenie domu na święta
Podziel się tym
Tweet about this on Twitter Share on Reddit Share on Google+ Share on Facebook Share on LinkedIn Email this to someone